• Wpisów:882
  • Średnio co: 3 dni
  • Ostatni wpis:1 rok temu, 12:58
  • Licznik odwiedzin:37 527 / 3447 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
dzień 3
 

 
dzień 2
piszę już do przodu, zeby nie bylo odwrotu

oczywiście, nie zamierzam długo liczyc, do miesiąca, nie dłużej, bo później to już będzie rutyna
 

 
jak dobrze, że mam jeszcze konto.
okazało się, że jest mi potrzebne...mam problem. eh, nie lubię tego otwarcie pisać, ale...jestem bulimiczką. zaczęło się to odkąd zaczęłam bawić sie w fitness, a zupelnie niedawno sobie to uświadomiłam. niestety, muszę to ukrywać przed wieloma osobami, a przynajmniej udawać, że nie mam już ataków...a ostatnio się nasiliły. dlatego potrzebuję jakiegoś miejsca, gdzie spokojnie będę mogła sobie odliczać dni bez ataków.
na przykład wczoraj, kompletnie nie wiem, co mi odstrzeliło. no ale odstrzeliło. dziś mam ochotę iść na siłkę to wszystko spalić. ale nie zrobię tego, muszę ponieść konsekwencje.
i naprawdę, nie rozumiem co mi odstrzeliło, tak wyszło.

no cóż, stało się.

tak więc, zaczynam.
dziś, dzień 1
 

 
tłumaczenia zdane,jeszcze tylko rdn w kampanii wrzesniowej i może nie będzie tragedii
 

 
siema, przyszłam sobie pobiadolić...bo jest źle.
czeka mnie powtarzanie semestru. po prostu nie daję sobie rady z dyskursem naukowym. prowadząca uważa, że mam duże braki w gramatyce o robię dużo błędów. oczywiście, przystąpię do sesji poprawkowej, ale czarno to widzę...ja po prostu nie umiem pisać tak, jak ona chce. no i jak zrobię błąd, to go już nie zauważę. mogę czytać moją pracę tysiące razy, a i tak mi to umknie! dopiero potem jak mi podkreśli to widzę, co jest źle.
kurwa, no lipa, nie sądziłam, ze romanistyka będzie trudniejsza niż lingwistyka. no i wstyd mi, bo np. Paula imprezowiczka jakoś sobie daje radę, Glanda z gorszym francuskim też, tylko ja....
  • awatar Gość: Strasznie współczuję - ale może nie ma się czym martwić? może... może postawiono na Twoją doskonałość? ;) miłego dnia! :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
nie chcę nic mówić, ale chyba mam źle pod kopułą.

nic mi się nie układa. sypie się moje życie prywatne (a przepraszam, tu się nie ma co sypać, bo go po prostu nie ma), sypią mi się studia i skoro już zaczęłam o studiach...

dziś bylam na konsultacjach, zeby omówić prackę, za któą jak zwykle dostałam dwójeczkę.ii...e...poryczałam się.
tak po prostu, najzwyczajniej w świecie z bezsilności. co zdarza mi się coraz częściej.
co prawda jest mi teraz wybitnie wstyd,ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo przynajmniej w ten sposób wymusiłam dosyć nieświadomie obietnicę na prowadzącej, że jak napiszę jedną pracę, której nie będę musiała poprawiać to dostanę 3....tylko w moim przypadku to raczej niemożliwe...
 

 
no i znów jestem singlem.

właśnie się widziałam z Arkiem.
Oczekiwałam przeprosin, zalu i skruchy, a tu usłyszałam słowa, że już nie chce się ze mną spotykać.
Stwierdził, że w trakcie wyjazdu po prostu za mną nie tęsknił, nie brakowało mu mojej nieobecności.

z jednej strony, sama nie byłam do końca przekonana, a z drugiej...to była moja najdłuższa relacja. tak fajnie było kogoś po prostu mieć, wyjśc do kina, dostać jakiegoś badylka, zasnąć w czyichś ramionach, a później się obudzić.
a teraz tego nie będzie
 

 
no proszę, myślałam,że trafiłam na możliwego faceta, już coś zaczęłam czuć, a tu taki zonk!

nie widziałam się z Arkiem ponad 2 tygodnie: najpierw pojechał na urlop, później ja do domu na święta i tak się rozminęliśmy.
wróciłam w ostatni wtorek i myślałam, że się w końcu zobaczymy. jednak okazało się, że nie, bo Arek późno kończył pracę, a w dodatku okazało się, że ma samochód w naprawie. no trudno, myślę sobie. jak nie dziś to jutro. jednak w środę przegrałam uwagę z treningiem (to jestem w stanie zrozumieć, bo sama trenuję), w czwartek znów z praca, a w piątek....ze świętowaniem zakończenia legii z kolegami, z którymi nota bene był na urlopie (!).
niby pisał, że przeprasza, że wie, że głupio wyszło, ale nie wyczułam specjalnej skruchy w jego słowach. po prsotu przestał się na dobre starać.
przez ten okres coraz mniej ze sobą pisaliśmy, wczoraj nie napisał ani pół słowa, dziś też milczy.
no nie chcę się zachowywać jak sfoszona księżniczka, ale sory...coś jest niehalo, jak się okazuje, że picie z kolegami jest ważniejsze niż spotkanie z dziewczyną, którą już długo nie widział.
 

 
mówi się, że tylko krowa nie zmienia zdania i coś w tym jest:-)
czasem w związkach jest tak,że potrzeba czasu, dlatego nawet małżeństwa z rozsądku mają szansę na powodzenie.
czasem rzeczywiście, uczucie potrzebuje czasu,
innymi słowy, zaczynam się zakochiwac w swoim chłopaku:-P

ciekawe, jak to się rozwinie.
jeszcze jakby nam się lepiej układało w łóżku to już byłaby bajka
 

 
jestem okropna.
można powiedzieć, że od stycznia jestem w związku....no właśnie, można powiedzieć.
spotkałam naprawdę fajnego, ogarniętego faceta...tylko co z tego, jak dalej nie ma z mojej strony chemii?
dlaczego tak jest, że pociągają mnie najbardziej faceci, którzy mają mnie eufemicznie mówiąc w nosie?
 

 
już dawno czegośś nie skrobnęłam, więc wpadłam troszeczkę pomarudzić.
tydzień temu miałam urodziny, eh...jak ten czas zasuwa.

spełniłam jedno ze swoich marzeń i w przeddzień zawodów stanęłam na scenie w zawodach bikini, a co!:-)
co prawda nieco odstawałam formą od innych zawodniczek, ale i tak jestem z siebie dumna, że dotrwałam.
poprzedni weekend był naprawde fajny i ciężko było mi wrócić do rzeczywistości:-)
 

 
nie wolno ufać babom...absolutnie

nie wiem czy pisałam, ale Arka poznałam dizeki mojej współlokatorce. zaprosiła go w święta na wódeczkę.
w sumie to ona do niego podbijała (jako trzeci front), no ale Arek nie był zainteresowany.

i to w sumie ona (za moją zgodą) dala mu do mnie numer.

tylko że nie chciałam jej się wcinać, bo wiedziałam, że jej się podoba. powiedziała, że nie ma sprawy, ale teraz widzę, że nasze kontakty się ochłodziły.
ewidentnie jest zazdrosna, bo chyba z żadnym facetem jej nie wyszło, no ale czy to moja wina?
 

 
hym...wiecie co...w sumie nie wiem czy powinnam o tym pisać, ale damn, chyba jestem oziębła.
to znaczy, prawie na pewno, bo delikatnie mówiąc, bardzo słabo idą mi sprawy łóżkowe.
z Arkiem. już wylądowaliśmy w łóżku...i w sumie, myślałam, że z mojej będzie ogień, że po tak długim celibacie to się wręcz na niego rzucę. no ale tak nie jest. po prostu się nie podniecam tak mocno.
i nie wiem, czy to przez to, że po prostu tak mam czy dlatego, że pomimo z Arkiem już tworzymy związek to ja jednak często wracam myślami do Pawła...damn, chyba powinnam go usunąć z fejsbuków, bo zbyt często zaglądam co tam u niego słychać
  • awatar Salute, new me is comin ♛: witaj w klubie... my mamy celibat od jakiegoś miesiąca a jak już to zrobimy to ja w ogóle nie mogę się wczuć, jest jakoś inaczej, mniej przyjemnie...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
no i stało się. dostałam pierwszą dwóję i czeka mnie sesja poprawkowa.
bardzo boli, bo nie dość, że jest z tłumaczeń, które przecież wcześniej studiowałam (!), to jeszcze oblanie tego przedmiotu wiąże się z powtarzaniem całego semestru, w sensie, że nie da się wziąć warunku.
bardzo się boję, że poprawkę też uleję, i co wtedy??:-(
 

 
sinusoida kubata....
zgubiłam moja zajebista kartę ztm doładowana do 2023 i straciłam to doładownie. teraz muszę jak każdy szary mieszkaniec warszawy ja ładować
sesja idzie wybitnie chujowo. grozi mi niezaliczenie roku
forma trochę w miejscu, ale coś się dzieje. jednak nie wiem, czy się wyrobię
pozowanie idzie mi chujowo
mam niedoczynność tarczycy
 

 
z racji tego, że jest sesja, skończyłam zamiatać Saharę i do nauki mi nie spieszno, powiem o co mi chodziło z poprzednim wpisem
koniec roku jest zawsze dla mnie bardzo dekadenckim okresem. czas na podsumowanie, które z reguły nie wychodzi na moją korzyść i takie puste oczekiwanie na zerowanie licznika.
tymczasem, dokładnie 27 grudnia chyba poznałam faceta, z którym wszystko idzir we właściwym kierunku. to niesamowite, bo on jest taki...normalny, a rozumie i akceptuje moją zajawkę, nie przeszkadza mu to, że na razie najważniejszy jest trening i dieta. nie płacze, że nie będziemy zbyt często wychodzili na jedzenie, nie będzie wieczorków z lampką wina itp. a najlepsze jest to, że to nie dlatego, że robi to samo. to taki zwyczajny chłopak...wow..no szok.
także w 2016 rok weszłam z kopyta. gdyby nie sesja byłoby fantastycznie. dobra, a teraz chyba coś się pouczę
 

 
już nigdy nie powiem, że pod koniec roku nic się nie wydarzy
cd nastapi...
 

 
chyba powinnam skrobnąć jakieś podsumowanie 2015, nie?
przyznam szczerze, że się do tego przymierzałam, ale za bardzo nie wiem jak to zrobić.
mój 2015 można opisać sinusoidą i to z gigantycznymi amplitudami. albo byłam totalnie na fali albo w totalnym dole. parę rzeczy mi się udało, ale muszę przyznać, że tamten rok był bardzo samotny. nie miałam czasu dla znajomych, rzadko bywałam w domu rodzinnym, no i to pierwszy rok od 3 lat TOTALNEGO CELIBATU.ciągłe singlostwo jest moją największą porażką zyciową. przez to czuję się bardzo niedowartościowana. Tym bardziej, że myślałam, że już się ktoś pojawił na horyzoncie, a tu taki psikus %-). no i kolejna porażka to moja praca, której nadal nie zmieniłam i szczerze nienawidzę. szczególnie po dzisiejszej nocce.
ale w tym roku:
- dostałam się na studia (tylko pytanie czy je skończę %-))
- dostałam pół etatu w pracy
- znalazłam zajebiście zlokalizowane mieszkanie (co prawda współlokatorzy mi przeszkadzają, ale trudno, nie można miec wszystkiego)
- zrobiłam formę życia...i nadal robię, bo to pod zawody %-)
- doładowałam karte miejska do 2023. TYLE WYGRAĆ!

postanowienia noworoczne? zawsze są, nie ma tylko planów, bo 2 lata temu życie mi pokazało, że planować to sobie mogę.
- dotrwac do debiutów...
- uregulowac hormony, to przede wszystkim. chociaż na pewno nie kosztem formy. nie wróce do wyglądu wieloryba.
- dalej się kształcić pod kątem sportu, a przy tym nie zaniedbywać języków obcych

i w zasadzie tyle, reszta wyjdzie w praniu.

tak więc na koniec, życzę Wam zajebistego 2016 roku!